PRZECZYTAJ WIĘCEJ

APOSTAZJA katoliczki (fragment książki):

Nie jestem pewna czy bardziej nie lubię niedzielnych wizyt w kościele czy spotkań w kawiarni z przyjaciółmi rodziców. Rozmaitymi „ciociami” i „wujkami”. Naprawdę mamy aż tak liczną rodzinę? Szczególnie groźne i męczące są ciocie. Dziwnie pachną, jakby zwietrzałymi, matowymi kwiatami. Zachodzą od tyłu, łapią mnie z nagła, obezwładniają i zaczynają obcałowywać zostawiając mokre odciski na policzkach. Niektóre z nich mają ślad szminki na zębach. Fuj. A oglądanie tego z bliska – jeszcze większy FUUUJ!

 

– CIOCI nie pocałujesz?? Nieładnie! Dlaczego nie jesteś grzeczną dziewczynką! No, choć tu do mnie... – Zasłaniam twarz rękami i ani mi w głowie się do niej zbliżać. Już ja ją znam i dobrze wiem co kombinuje pod natapirowaną blond-ondulacją!

 

– Nie chcę! Nie przyjdę! Cioci brzydko z buzi pachnie! – To zakończyło definitywnie publiczne napastowanie. Wszyscy się śmieją zachwyceni rezolutną dziewczynką. Tata najgłośniej. Opiekuńczym gestem zagarnia mnie na swoje kolana, dając potwierdzenie sensu mojej reakcji. Mówiłem ci żebyś na nią uważała... – mówi. Ta i inne „ciocie” odtąd będą miały się na baczności. Natomiast ja po raz pierwszy czuję co to znaczy wyznaczyć swoje osobiste granice, bronić ich i wygrać! Jak być ASERTYWNYM CZŁOWIEKIEM. Oraz jakie to przyjemne. Co to za dziki pomysł pocałowania dziecka bez zapytania go o pozwolenie!

 

(...)

 

Od pierwszej klasy szkoły podstawowej do matury (prawie) NIE poznałam bohaterki polskiej książki która byłaby kobietą samodzielną, lubiącą seks i mężczyzn. Której nikt (z autorem dzieła na czele) nie pokarałby za jej niezależność lub ROZWIĄZŁOŚĆ przerażająco dosadną w swojej brutalności ale jakże „sprawiedliwą” karą. Jak to uczynił na przykład Żeromski – z imienniczką moją, Ewę Pobratymską (Dzieje Grzechu). Małżeństwo dla dosłownie KAŻDEJ jest CELEM nadrzędnym niemal. Szkoda tylko w szarej rzeczywistości mamy wyraźny deficyt w Kmicicach i Jurandach. Tylko Łukaszów Niepołomskich wyraźny nadmiar. Jednak na lekcjach języka polskiego przy okazji omawiania w/w powieści, Ewa – przedstawiana jest NADAL jako ta niemoralna, czyli która jest sama sobie WINNA i tragicznej sytuacji w której się znalazła. Oraz zbrodni którą ta za sobą pociągnęła – sama przecież, wbrew zakazowi za chłopem pojechała. Kobieta zawsze obrywa od losu, własnych wyrzutów sumienia i „moralnego” społeczeństwa. Współsprawcy ciąży, który ją w takim położeniu porzucił bez grosza – włos z głowy nie spada. Palcem na lekcji wytknięta ta postawa jego – jako NAGANNA też nie zostaje! Niby tylko powieść, ktoś powie. Ale kto ją czyta a przede wszystkim JAK jest omawiana? Co jest? Dziewczyna dzieciaka sobie sama PALCEM ZMAJSTROWAŁA?? Dlaczego jakoś zupełnie mnie nie dziwi, nadal powszechne w naszym społeczeństwie „przyzwolenie” czy akceptacja dla „biednych” dłużników alimentacyjnych? Kto może wyrosnąć z dzieci którym przedstawia się takie moralne wzorce?

 

Standardy polskiej literatury klasycznej promują dla kobiet role, aż zbyt jasno określone: żona, matka, ewentualnie jeżeli trafi się nieco starsza lecz nadal urodziwa – to ostatecznie może być wdową po znacznie starszym, bogatym nieboszczyku. Inne literackie bohaterki to siłaczko-matko-polki + kilka starych panien, obowiązkowo nieco zbzikowanych. Dziewczyna musi się PILNOWAĆ (do ślubu) a seksu to lepiej aby wcale nie lubiła. KROPKA. Żadnych rojeń fallicznych u DZIEWIC jak lilije czystych, nieskalanych nawet „myślą” o seksie. Nawet Iza Łęcka masturbująca się w sypialni, zapatrzona w posąg Apollina jest moim odkryciem zupełnie niedawnym. Na lekcjach w omawianym nie było. TAAAKIE sprawy nie mogły być wszak poruszane z nastolatkami! KOBIECA seksualność NIGDZIE nie jest pokazana jako „dobra”, potrzebna czy choćby akceptowana. Może ja chodziłam do katolickiej-pseudo-moralnej-po-dulskiemu szkoły tylko o tym nie wiedziałam? Bo wygląda jakby kanon lektur podlegał pod wykoślawioną obyczajową cenzurę!

 

Innej edukacji seksualnej nie doświadczyłam a jakakolwiek dyskusja o powiązanych „z tematem” uczuciach nie miała miejsca wcale. Mama moja starała się jak mogła, ale też nie umiała i w moich wspomnieniach ciągle jeszcze widzę jak wstydzi się tego, że jakoś musi ze mną o TYCH sprawach rozmawiać. Tak poważnie i tak zasadniczo. Zabrakło jej kiedy ja nie byłam jeszcze przygotowana do zderzenia z życiem a było ono niestety – czołowe. Jej nie winię ani nikogo innego. Oprócz – Kościoła katolickiego. To z katechezy wyniosłam przekonanie, że nie umiem kochać w prawidłowy sposób. Admiracja cierpienia jest w katolicyzmie wszechobecna i dlaczego katolicka „miłość” miała by być tego pozbawiona? Jeżeli nie umiałam, czy nie miałam chęci niszczyć siebie, zdrowia ani rezygnować z osobistego komfortu dla drugiej osoby czy dla reguł wprost od „boga” pochodzących , to znaczyło: nie spełniam warunków. Lecz co najistotniejsze: NIE wolno było mnie straszyć ani gmerać ani w w mojej seksualności, ani w psychice!! Kościół Ewangelii miał uczyć a nie człowieka w młodej kobiecie niszczyć! Robiły to osoby prymitywne, oschłe, mało wrażliwe, niewykwalifikowane zapewne. Lub właśnie odwrotnie: wykwalifikowane do tego by manipulować dziecięcą psychiką.

 

Zaburzono pojęcie miłości przez gloryfikowanie niezrozumiałego uczucia do nieobecnego Jezusa + jego najbliższej rodziny, długo wydawało mi się iż być powinna oderwana od ciała i seksualności. Zdegradowano rozumienie współżycia intymnego do spółkowania w celu prokreacji i wmówiono (niemal skutecznie), że powinnam się nieustannie poświęcać. Dość długo miałam wrażenie, że ze mną jest coś nie tak gdyż niczego podobnego nie czuję... Byłam (prawie) typowym katolickim produktem kobieto-matko-dziewico-podobnym i nie umiałam rozmawiać ani o moich potrzebach seksualnych ani tym bardziej o uczuciach. Nawciskano mi do głowy rozmaitych wydumanych idei i legend, niczym nie popartych lecz NIKT mi nie powiedział jak mam swojemu chłopakowi powiedzieć w miarę kulturalnie, unikając pobicia delikwenta i inwektyw, że ma ubrać gumę na instrument bo bez tego zabawy nie będzie!

 

Wyrządzona została mi krzywda z której skutkami zmagałam się przez lata!

 

Właściwie nawet gwałt wydawał mi się w jakiś patologiczny sposób, prawie usprawiedliwiony. Zapewne dlatego że przemoc dopuszczała seks na który miałam przecież ochotę, ale o którym jednocześnie wiedziałam, że jest zły – a na czyny napastnika nie mogę przecież mieć wpływu. Prawie – gdyż ewentualny „gwałciciel” musiałby mi odpowiadać... Co za paranoja. Kiedy to wspominam trudno mi nawet myśleć spokojnie o guanie którym wypchano mi dziewczęcą główkę. Posiadanie libido uznałam za żenująco wstydliwe zaraz po tym jak to u siebie odkryłam i zidentyfikowałam. Z tego powodu sama prawie uznałam siebie za godną pogardy, więc jak miałam wymagać szacunku od innych? Jeżeli własna seksualność i potrzeby w tym rejonie prawie uznałam za: GRZESZNE, NIEPRZYZWOITE oraz potencjalnie SZKODLIWE dla mojego zdrowia. Nikt mi nie powiedział, że to co się ze mną dzieje jest NORMALNE! Ani tego, że mogę a nawet powinnam lubić a dokładniej: KOCHAĆ SIEBIE! Mówiąc dosadnie delfiny czy małpy starannie unikają cierpienia i kopulują dla przyjemności ale ja mając naście lat uważałam, że nieprzyzwoitym jest posiadanie choćby chęci do tegoż! Zupełnie serio. Kilka lat straciłam na zrozumienie, że seks nie jest groźny ani nieprzyzwoity lecz wyłącznie fantastyczny. KOBIET też to dotyczy.

 

Lwica gdy jest w rui mruczac i mrauczac ociera się zadem i lwa zachęcając go do wiadomo czego. Spróbowałabym się tak zachować! Dziwka, kurwa, suka, locha, szmata... takie tam komplementy. Bo to złe „dobra, grzeczna, maryjkopodobna nastoletnia panieneczka w żadnym wypadku nawet myśleć o w/w sprawach nie powinna. Dopuszczalne wyłącznie u niegodnej najmniejszego szacunku prostytutki. Lew (samiec) regulację urodzeń załatwia osobiście i własnymi kłami – zabija młode innego samca po to by samica weszła w ruję, zechciała z nim kopulować i urodziła JEGO potomstwo. Niestety w ludzkim stadzie też się tak zdarza i raz-po-raz pojawiają się doniesienia o ciężko pobitych maluchach, najczęściej sprawcą jest ojczym dzieci, rzadziej biologiczna matka czy ojciec. Bardzo to smutne lecz dowodzi, że nie różnimy się od świata zwierząt aż tak bardzo jak konsekrowani starają się nam wmówić.

 

Powołanie do macierzyństwa wałkowane do obrzydzenia? A co to takiego? Nigdy niczego takiego nie poczułam a wręcz bojąc samotnego macierzyństwa, jeszcze bardziej choroby dziecka, nie wierząc w swoje możliwości prawidłowego zaopiekowania się, wolałam go/jej – nie sprowadzać na ten świat. Instynkt rodzicielski możliwe, że nawet i gdzieś tam był ale został uszkodzony ZANIM się na dobre zadomowił. Zaszłam w nieplanowaną ciążę kiedy od kościółkowych mądrości byłam już dość daleko ale to nie znaczy, że konsekwencje przebytej tresury znikły z dnia na dzień! Trauma tkwiła jak zadra w mojej podświadomości bardzo długo. Wtedy niemal uznałam, że zostałam słusznie ukarana! Obojętnie: przez los czy przez Boga.

 

Spotykanych wówczas mężczyzn traktowałam instrumentalnie – nie umiejąc być partnerką a jedynie mniej lub bardziej świadomie, szukając ODPOWIEDNIEGO kandydata na męża, bardziej kogoś kto pokieruje moim życiem i zapewni bezpieczeństwo! Bo wydawało mi się, że sama nie dam sobie rady. Musiałam wszak wybrać jak najlepiej albowiem miało to być na całe życie... no w każdym razie na długo. Właściwie to nawet gorzej – uważałam, że moja wartość jako kobiety jest uzależniona od jakości i statusu partnera którego jestem w stanie pozyskać. Miotając się pomiędzy seksem, miłością a planami na życie zrywałam lub doprowadzałam do rozpadu kolejne związki stawiając mężczyznom nadmierne wymagania i nigdy nie byłam zadowolona nawet kiedy oni starli się ze wszystkich sił. Nie widziałam, nie doceniałam własnej wartości przez co oni wydawali mi się tacy słabi i nijacy w każdym razie gorsi niż faktycznie byli!

 

Nie tolerowałam najmniejszej słabości, jakbym nie dostrzegała żywych ludzi. Czujących. Wspaniałych, wartościowych i posiadających słabości, dokładnie jak ja sama. Frustracja wywoływała niemal agresję. Pojawiły się kompleksy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ze sobą mam problem a nie z nimi jest coś nie tak. To w sobie brakowało mi oparcia pomimo, że miałam wszelkie warunki po temu! Z perspektywy mogę uznać, że byłam niezdolna do założenia rodziny mając zachwiane wyobrażenie o tym czym ona być powinna! Na katechezach nie przekazano mi niczego poza strachem. Byłam samotna, szukałam miłości. Seksu też. Kilkakrotnie padłam ofiarą molestowania. Szczęście moje tylko takie, że umiałam stawiać fizyczny opór. Szczerze współczuję tym chłopcom którym trafiały/ją się osobniczki podobne do ówczesnej mnie. Musiałam się ogarnąć by odrzucając chore zasady zacząć świetnie radzić sobie w życiu. Potrzebowałam czasu by na nowo odkryć siebie w sobie. Oraz otoczenia mądrych ludzi. Miałam tyle szczęścia, że takich spotkałam i zostali już ze mną na zawsze w przeciwieństwie do psychopatycznego, zakłamanego PSEUDOboga katolików. Filozofię Jezusa poznałam znacznie później już bez pomocy prymitywnych „nauczycieli”. Oraz to jak on rozumiał MIŁOŚĆ. Związku z oficjalną interpretacją tematu nadal nie dostrzegam.

Apostazja jest naszą OSOBISTĄ decyzją

Kup lub wypożycz

Created by Eva Piprek with WebWave CMS 

Copyright 2021 Lorem Ipsum/Photos:Unsplash

Książka jest dostępna w księgarniach na terenie całego kraju, także w wersji e-book. Na mojej stronie udostępniam plik .PDF który jest jej rozszerzoną wersją autorską.

Zapraszam! 

 

Książka odpowiada na pytanie dlaczego apostazja jest dziś koniecznością.  Jak i kiedy kler wypaczył filozofię miłości Jezusa z Nazaretu. Oraz dlaczego kłamliwa interpretacja jego nauki na katechezie nadal wpływa na światopogląd współczesnych Polaków.